Olaf Lubaszenko wrócił wspomnieniami do początku lat 90. Jak opowiadał w programie "Kwiatki Polskie", w tamtych czasach można już było zamawiać taksówki przez telefon, ale telefonia komórkowa nie była jeszcze powszechnie dostępna. Ten szczegół okazał się kluczowy dla całej historii.
Olaf Lubaszenko chciał załatwić sprawę i jechać dalej
Aktor wybrał się na warszawskie Nowe Miasto, by odebrać coś od znajomych. Nie pamiętał już dokładnie, czy chodziło o książkę, płytę czy inny przedmiot. Plan był prosty: wejść na moment, porozmawiać, zabrać potrzebną rzecz i ruszyć w dalszą drogę.
Ponieważ nie miał samochodu, przyjechał taksówką. Poprosił kierowcę, by na niego zaczekał, i wszedł do znajomych. Na miejscu zastał jednak sytuację, której zupełnie się nie spodziewał.
Jedna partia brydża zmieniła wszystko
Okazało się, że znajomi Lubaszenki już o godzinie 11 grali w brydża. Co więcej, aktor podejrzewał, że rozgrywka mogła trwać od poprzedniego wieczoru. Gospodarze zaproponowali mu, by do nich dołączył.
Początkowo Lubaszenko nie był przekonany. Z tyłu głowy miał przecież czekającego na zewnątrz taksówkarza. Ostatecznie dał się jednak namówić. Został poczęstowany napojem, który – jak zasugerował w opowieści – mógł mieć związek z jego wspomnieniami z Karlowych Warów. Z czasem atmosfera zrobiła się na tyle przyjemna, a sama gra tak wciągająca, że aktor stracił poczucie upływającego czasu.
Rozgrywka zakończyła się dopiero około godziny 23. Oznaczało to, że Lubaszenko spędził u znajomych aż 12 godzin, choć pierwotnie planował zaledwie krótką wizytę.
Taksówkarz czekał przez 12 godzin
Dopiero po zakończeniu gry aktor przypomniał sobie o swoim pierwotnym planie. Zadzwonił więc do tej samej korporacji taksówkarskiej, przedstawił się i poprosił o kolejny kurs. Reakcja dyspozytorki była jednak zaskakująca.
Kobieta uznała, że Lubaszenko żartuje, po czym odłożyła słuchawkę. Aktor postanowił zatem wrócić pieszo. Kiedy wyszedł na zewnątrz, czekała go niespodzianka: w bramie nadal stała ta sama taksówka, a kierowca nie odjechał przez całe 12 godzin.
Lubaszenko z uznaniem wspominał cierpliwość mężczyzny, choć z przymrużeniem oka zauważył, że mogła mieć ona związek z wysokim stanem licznika. Jak przyznał, koszt tego nieplanowanego postoju spłacał przez kilka tygodni.