Był geniuszem muzyki. Mija dekada od śmierci Prince'a
Mija dekada od śmierci Prince’a, jednego z najodważniejszych innowatorów w muzyce rozrywkowej. Jak podkreśla PAP, jego dorobek wciąż inspiruje i nie traci świeżości.
Najważniejsze informacje
- Prince zmarł 21 kwietnia 2016 r. w wieku 57 lat w rezydencji w Chanhassen; dziś mieści się tam muzeum artysty.
- Wspominali go m.in. Mick Jagger i Lenny Kravitz; o jego znaczeniu dla popu mówił krytyk "Polityki" Bartek Chaciński.
- Artysta łączył funk, rock, soul i pop, a także walczył o kontrolę nad własną twórczością.
Prince wyprzedzał swoją epokę i nie mieścił się w żadnej szufladce muzycznej. Jego śmierć 21 kwietnia 2016 r. poruszyła fanów na całym świecie; przed bramą posiadłości w Chanhassen ludzie śpiewali jego piosenki. Dziś to miejsce działa jako muzeum, a archiwum artysty jest skrupulatnie porządkowane i udostępniane kolejnym pokoleniom słuchaczy.
Kluczowy był nie tylko jego głos, ale też bezkompromisowe podejście do produkcji. - Prince miał dla współczesnego popu znaczenie fundamentalne jako gwiazda, a zarazem producent nagrań, i jako postać łącząca różne nurty muzyki amerykańskiej - ocenił w rozmowie z PAP Bartek Chaciński, krytyk muzyczny i publicysta "Polityki". Zdaniem krytyka jego dorobek się nie starzeje, a sposób opieki nad archiwami po śmierci jest wzorcowy, choć sam artysta, znany z perfekcjonizmu, mógłby mieć do niego zastrzeżenia.
"Kultura WPełni". Marta Żmuda Trzebiatowska o roli, o którą musiała walczyć
Podoba mi się wydawniczy styl spadkobierców Prince'a. Choć nie sądzę, by był do zaakceptowania dla samego artysty - jego krytycznego stosunku do własnych działań i perfekcjonizmu dziś bardzo brakuje - dodał Chaciński.
Wyjątkowy talent i styl
Prince łączył funk, rock i soul, a na scenie poruszał się jak tancerz. "Był idealną gwiazdą rocka, ale był czymś znacznie więcej niż muzykiem. Był doprawdy wyjątkowy" - wspominał go na łamach "Guardiana" George Clinton. Podkreślał też jego wirtuozerię na gitarze, klawiszach, basie i perkusji. Clinton przypominał też, że Prince dorastał w muzycznym domu i miał wyczucie aranżacji rzadko spotykane u tak młodych artystów.
Dla branży był symbolem samodzielności twórczej. Były menedżer Owen Husney mówił, że już demo z 1976 r. zdradzało niezwykłość - Z miejsca zwróciło moją uwagę, wyróżniało się, było inne niż wszystko wokół - podkreślił. Dodał, że osiemnastoletni muzyk sam napisał utwory i zagrał na wszystkich instrumentach. Taka kontrola nad brzmieniem stała się jego znakiem firmowym.
Ikona, która dzieliła i fascynowała
Krytycy i media często redukowali go do wizerunku ekscentryka. Prince w rozmowie z Nickiem Kentem narzekał jednak na uproszczenia. - Nazywali mnie paranoikiem, egomaniakiem z obsesją kontroli, dziwakiem - mówił, odrzucając takie etykiety. W tle toczył spory z wytwórnią i walczył o prawa do swojej muzyki, pojawiając się publicznie ze słowem "niewolnik" na policzku.
Jego znaczenie potwierdzali najwięksi. "Był jednym z najbardziej niezwykłych i ekscytujących artystów ostatnich 30 lat" - napisał Mick Jagger, a Lenny Kravitz przyznał: "Czuję się, jakby wraz z nim umarła jakaś część mnie". W latach 80. współpracy szukał z nim Miles Davis, widząc w nim przyszłość muzyki. To uznanie sąsiaduje z listą przebojów, od "Purple Rain" po "Nothing Compares 2 U" - piosenkę rozsławioną przez Sinead O'Connor.
Dziesięć lat po śmierci Prince’a pozostaje on punktem odniesienia dla artystów, którzy chcą łączyć gatunki i samodzielnie kształtować karierę. Jego archiwum regularnie przynosi rzadkie nagrania, a muzeum w Chanhassen utrwala pamięć o twórcy. Jak podaje PAP, to dziedzictwo wciąż żyje – nie tyle w nostalgii, ile w kolejnych interpretacjach i nowej publiczności.