Ostatni koncert i śmierć w USA
13 sierpnia 1966 r. Jan Kiepura wystąpił dla Polonii w Port Chester w Stanach Zjednoczonych. Jak podkreślano, śpiewał wtedy wyłącznie po polsku. Dwa dni później, 15 sierpnia, tenor zmarł w swojej rezydencji w Harrison pod Nowym Jorkiem. Miał 64 lata.
Z jego biografii cytowanej przez PAP wynika, że artysta przez lata zmagał się z chorobą gardła i stale obawiał się o głos. - Przez całe życie chorował na nieuleczalny, przewlekły nieżyt gardła. Każdego dnia bał się utraty głosu. To był prawdziwy dramat życia Jana Kiepury - powiedział PAP biograf śpiewaka, muzykolog dr Wacław Panek.
"Zrozumiałem to po jego śmierci"
O tym, jak szeroki był zasięg popularności Kiepury, mówił po latach jego syn. - O tym, że mój zwyczajny, kochany tata jest kimś ważnym dla ludzi na całym świecie, zrozumiałem tuż po jego śmierci - powiedział Marjan Kiepura w "Vivie" - Miałem wtedy tylko 15 lat. Zaskoczyło mnie to, jak wiele osób po nim płakało. Skalę jego popularności zrozumiałem na pogrzebie, który odbył się w Warszawie. Mojego tatę żegnało ponad 200 tysięcy osób - dodał.
Przylot trumny na Okęcie i pożegnanie w Warszawie
Samolot z ciałem śpiewaka wylądował na warszawskim Okęciu w piątek 3 września o godz. 17.40. Trumnę obsypaną kwiatami przewieziono następnie do kościoła św. Krzyża.
Wacław Panek w książce "Jan Kiepura" opisał dzień dalszych uroczystości:
W sobotę od samego rana na Krakowskim Przedmieściu zaczął gromadzić się tłum. Kościół Św. Krzyża i jego okolice były szczelnie wypełnione.
Jak relacjonował, nabożeństwo odprawił proboszcz Stanisław Dymek, przy organach zasiadł Feliks Rączkowski, a na chórze śpiewali Bernard Ładysz i Bogdan Paprocki.
O jedenastej kryształową trumnę, zapakowaną w drewnianą skrzynię, przewieziono do hallu Teatru Wielkiego - dodał.
Kondukt na Stare Powązki i słowa bliskich
W Warszawie trumnę wystawiono w holu Teatru Wielkiego. Jerzy Waldorff zapisał później osobiste wrażenie z pochodu:
Do dziś nie jestem pewien, czy stara Warszawa, dążąca na Powązki za tą trumną, nie wędrowała również po to, żeby pogrzebać własną młodość.
Wśród osób uczestniczących w warszawskich uroczystościach była też żona artysty, Marta Eggerth. - Przecież ja nie straciłam jednego człowieka. Jan był moim mężem, kochankiem, ojcem moich dzieci, nauczycielem, opiekunem, doradcą - mówiła.
Jerzy Słota w "Tygodniku Kulturalnym" ujął sens tamtego pożegnania wprost: "Pełną prawdę o sławnym człowieku ujawnia dopiero jego pogrzeb". W cytowanym fragmencie podkreślał, że tłum wokół Teatru Wielkiego i drogę na Cmentarz Powązkowski (Aleja Zasłużonych) można było odczytać jako świadectwo siły pamięci o Kiepurze oraz różnorodności ludzi, którzy przyszli go pożegnać.
Pogrzeb Jana Kiepury był ostatnim tak wielkim żałobnym wydarzeniem w stolicy. W Warszawie więcej osób uczestniczyło tylko w pożegnaniu marszałka Józefa Piłsudskiego (250-300 tys. osób) w 1935 r.