Filip Łobodziński, czyli znany dziennikarz, muzyk i były dziecięcy aktor PRL (m.in. Duduś z "Podróży za jeden uśmiech" i Julek Seratowicz ze "Stawiam na Tolka Banana"), opisał w rocznicowym wpisie, jaka pogoda towarzyszyła mu w dniu ślubu.
Dwadzieścia dwa lata temu przez całe przedpołudnie kropiło - napisał na Facebooku. Jak dodał, sama ceremonia nie ucierpiała, bo odbyła się pod zadaszeniem, ale więcej emocji budziło przyjęcie planowane na świeżym powietrzu w konstancińskiej Chacie Wuja Toma.
Najpierw chrzest, potem ślub
We wspomnieniu z dnia ślubu Łobodziński wrócił do momentu składania przysięgi i zaznaczył, że sakramentalne "owszem" wypowiadał razem ze swoją matką chrzestną. To określenie nie było żartem ani prywatnym przydomkiem.
Jak opowiadał w rozmowie z Robertem Mazurkiem w "Rzeczpospolitej", dorastał w niewierzącej rodzinie i w dzieciństwie nie przyjął chrztu. Do decyzji o wejściu do Kościoła miał dochodzić stopniowo, a przełomem były zaręczyny.
Maja jest osobą głęboko wierzącą, ale nie stawiała mi żadnych warunków - mówił w wywiadzie.
Filip Łobodziński przyjął chrzest jako 45-letni mężczyzna, na dwa miesiące przed kościelnym ślubem. Matką chrzestną została właśnie Maja, która niedługo później stanęła przy nim przed ołtarzem już jako narzeczona.
Wesele w Chacie Wuja Toma i pogodowy zwrot
Małżonkowie mieli zaprosić na wesele wyłącznie przyjaciół i znajomych. Goście byli proszeni o przybycie na godz. 17, a wcześniej przez większą część dnia utrzymywała się mżawka.
"Ale się zmyło i od czwartej pogoda była podręcznikowa, a potem wręcz optymalna. I nawet komary chyba nie rypały" - opisywał Łobodziński na Facebooku. Po uroczystości goście mieli podkreślać, że dawno nie bawili się tak dobrze, ale dla pary był to dopiero początek wspólnego życia.
Liceum, autobiografia i trudne doświadczenia
Łobodziński wracał do historii tej relacji także w autobiografii "Filip Łobodziński?". Jak opisywał, Maję znał jeszcze z liceum, ale dopiero po latach, przy okazji spotkania klasowego, odkryli, jak wiele ich łączy. Wkrótce zostali parą, zamieszkali razem, a w sierpniu 2004 r. - jak ujął - "zwarli się ostatecznie poprzez obrączki".
W rocznicowym wpisie zaznaczył też, że kolejne lata przyniosły zarówno dobre momenty, jak i bardzo trudne doświadczenia. Najboleśniejszym wydarzeniem była śmierć jego córki Marii. Jak przypomniano, 21-latka zmarła w 2015 r. po walce z chorobą nowotworową. Sam dziennikarz również mierzył się z nowotworem, a operacja zakończyła się powodzeniem.
"Dużo przeszliśmy wspólnie - sukcesów i dramatów, uniesień i tragedii, zwycięstw i rozczarowań. I się turlamy" - podsumował Łobodziński we wpisie.