Cenzura PRL nie przełknęła tej sceny. Twórca "Alternatyw 4" o kulisach
W tym roku mija 40 lat od oficjalnej premiery "Alternatyw 4" - serialu absolutnie kultowego. Hit do dziś bawi, zaskakuje i pozostaje jedną z najcelniejszych satyr na realia PRL-u. O kulisach powstawania produkcji, współpracy ze Stanisławem Bareją i fenomenie produkcji rozmawialiśmy z Januszem Płońskim - dziennikarzem i współautorem scenariusza "Alternatyw 4".
Oficjalna premiera "Alternatyw 4" odbyła się 30 listopada 1986 r., ale zanim serial trafił na ekrany, przeszedł długą i wyboistą drogę. Początkowo miał nazywać się "Nasz dom", później Stanisław Bareja zmienił tytuł produkcji na "Stanisława Anioła", by ostatecznie zdecydować się na tytuł "Alternatywy 4". Scenariusz tworzyli Maciej Rybiński i Janusz Płoński - dziennikarze tygodnika "itd". Gdy Stanisław Bareja podjął się reżyserii, dorzucił do scenariusza kilka swoich pomysłów.
Aneta Polak, dziennikarka o2: Jak wspomina Pan początki pracy nad serialem "Alternatywy 4"?
Janusz Płoński, współautor scenariusza "Alternatyw 4": Maciej Rybiński i ja postanowiliśmy napisać coś, co będzie przedstawieniem Polski w pigułce. Napisaliśmy to może na dwóch kartkach i wysłaliśmy na Woronicza 17. I tutaj od razu nasz entuzjazm został mocno ostudzony, bo przez dwa lata nie było żadnej reakcji na ten nasz pomysł. Dopiero gdy pojawił się nowy szef, zajrzał do szuflady, znalazł scenariusz i kazał sekretarce spytać, czy pomysł jest nadal aktualny. I tak zaczęła się nasza przygoda. Później stworzyliśmy trio z Bareją.
Na ile serial był inspirowany prawdziwymi sytuacjami?
Byliśmy dziennikarzami, jeździliśmy po Polsce. Maciek dostał nowe mieszkanie, na nowym osiedlu, itd. Więc my te rzeczy braliśmy do scenariusza po prostu z życia. To nie były rzeczy wymyślane. Niektóre są oczywiście przesadzone, podkoloryzowane, ale inspirowane życiem. Bo przecież żyliśmy w rzeczywistości pełnej nonsensów. I ta rzeczywistość nam dawała pole do tego, żeby sobie szukać w niej i brać ile chcemy.
Czy podczas pracy na planie czuliście, że tworzycie serial, który będzie oglądany przez kolejne pokolenia?
Oczywiście Bareja miał więcej doświadczenia w tych sprawach, więc on mógł coś tam przypuszczać. My niczego nie przypuszczaliśmy. Nie wyobrażaliśmy sobie w ogóle, co to znaczy zrobić serial. Byliśmy zaskoczeni tą kultowością, ale ona tak naprawdę powstała lata później, bo serial został nakręcony w stanie wojennym. Przy kolaudacji serialu padło pytanie, które zabrzmiało jak wyrok: "Kto na to pozwolił?" Nie wiem, kto zadał to pytanie, ale wiem, że oznaczało ono, że serial przeszedł do kategorii półkowników (miał trafić na półkę - przyp. red.). I zaczęły się negocjacje z cenzurą, awantury, wykreślania, przywracania. Trwało to dwa lata. I dopiero po tym czasie, po pierwszej emisji okazało się, że ludzie to kupili.
"Alternatywy 4" powstawały w realiach ścisłej kontroli. Jak to możliwe, że udało się "przechytrzyć" cenzurę?
Maciek i ja mieliśmy do czynienia z cenzurą co tydzień, bo pracowaliśmy w tygodniku, więc wszystko nam czytali. Wiedzieliśmy, że cenzor musi coś znaleźć, bo to jest jego praca, musi coś wykreślić, bo jego szef oczekuje skuteczności. Więc napakowaliśmy do serialu o wiele więcej takich ryzykownych tekstów, żeby nawet po wykreśleniu coś jeszcze sensownego zostało.
A jednocześnie były sprawy takie, w których cenzura wykazała się kompletną indolencją. Tam przecież poszła scena, która mówiła o Katyniu, a Katyń w tamtych czasach nie istniał w ogóle w mediach. To słowo nie mogło się pojawić, nawet gdyby ktoś pisał, że to Niemcy popełnili zbrodnie. Po prostu tego tematu nie było. My to wprowadziliśmy w sposób bardzo zakamuflowany, ale się udało. Wszyscy do dzisiaj są zdumieni - jak to możliwe, że to poszło?
Wtedy partia i cenzura chciały pilnować porządku. Z drugiej strony cenzura nie czytała scenariusza, co było też ciekawym zjawiskiem. Wydano miliony na produkcję, najlepsi aktorzy zagrali i nagle ktoś pyta - "kto na to pozwolił?" Tak więc potem pojawiły się w telewizji siły, które chciały uratować tę całą historię. Sceny wycinano i wkładano z powrotem. Niektóre poginęły. To było robione na taśmie prawdziwej, filmowej, więc zdarzało się, że ktoś czegoś nie mógł znaleźć. Z wieloma scenami tak się działo.
Czy pamięta Pan sceny, które szczególnie drażniły cenzorów?
Była taka scena na przykład u profesora - zakładali mu w łazience nowe kafelki i on pytał tego rzemieślnika, czy kafelki nie odpadną za chwilę od ściany. W odpowiedzi padło coś takiego, że "Porozumienia Jastrzębskie [dokument z 3 września 1980 r. podpisany po strajkach i negocjacjach między władzami PRL a robotnikami - red.] zostaną zlikwidowane szybciej niż te kafelki". I te Porozumienia Jastrzębskie zostały wstępnie wykreślone. Zresztą tych wykreśleń było sporo.
Pamiętam taką scenę, w której dwie rodziny wprowadziły się do jednego mieszkania przez pomyłkę. Przyszedł cieć rozstrzygać tę sprawę i obie strony twierdziły, że doszło do pomyłki, no bo obie rodziny mają przydziały. I wtedy Anioł powiedział: "Pomyłka? A w Charkowie dali dwóm mężczyznom ślub i wszyscy krzyczeli «pomyłka, pomyłka», a po dziewięciu miesiącach urodziły im się bliźniaki".
Cenzorka się z tego śmiała, ale zadała dziwne pytanie. Powiedziała: "Panie reżyserze, bardzo śmieszne to jest, ale czy to musi być w Charkowie?" "No dobrze, nie musi być. Czy może być w Bułgarii?" Ona stwierdziła, że w Bułgarii jak najbardziej może być. No i tam była próba podstawienia jakiegoś takiego miasteczka z Bułgarii, które się nazywało Miczurin. Ono miało trzy sylaby i nie chciało zsynchronizować się z ustami aktora, więc potem ktoś znowu podjął decyzję - a niech będzie Charków. Być może Związek Radziecki nas nie zaatakuje w związku z tym.
Jak wspomina Pan dziś pracę na planie serialu?
Udział scenarzystów w pracy na planie był niewielki, ale za to cała trójca zagrała w serialu. Ja mam swoje dwie sceny, Maciek ma jedną scenę i Bareja sobie wyznaczył rolę dzielnicowego. On miał taką zasadę - jak pracujesz przy tym, to wystąp.
Sytuacja była wówczas taka, że niczego nie było na rynku. Jak nagrywano scenę z suto zastawionym stołem, to aktorzy i inni uczestnicy produkcji przynosili jedzenie z domu. Pamiętam taką sytuację z psem Teodorem. Wojciech Pokora był jego właścicielem. Okazało się, że ktoś przyniósł kiełbasę, chociaż żona mu zabroniła. Teodor zjadł tę kiełbasę no i to była straszna awantura.
To są takie śmiesznostki już, ale te śmiesznostki były wówczas rzeczywistością. Jak trzeba było zastawić stół na przyjęcie, to wszyscy musieli się postarać, bo nie można było po prostu pójść do sklepu i kupić.
W tym roku mija 40 lat od oficjalnej premiery "Alternatyw 4". Z czego - Pana zdaniem - wynika fenomen serialu? Dlaczego kolejne pokolenia widzów do niego wracają?
Moje pokolenie i może jeszcze trochę młodsze, pamiętające tamtą rzeczywistość, odbywają dzięki serialowi wycieczkę w przeszłość. Teraz dzieciakom swoim pokazują i mówią - ty się nie śmiej, bo to tak naprawdę było.
Młodzi ludzie też to oglądają, ale nie bardzo rozumieją. Bo ta rzeczywistość jest dla nich tak odległa, tak abstrakcyjna i absurdalna, że nie dowierzają. Może dla młodych wycieczka w tamte czasy jest w pewien sposób ciekawa i pouczająca. Zawsze powtarzam, że nie jest to tylko głupia komedia, ale serial skłaniający do refleksji. W pewnym sensie nie tylko opowiada o starych czasach, ale i ostrzega przed nowymi czasami.
Próbowaliśmy pokazywać rzeczywistość tak, żeby ludzie ją zobaczyli na nowo i się trochę nad nią zastanowili. A dzisiaj chyba nie ma na to ani czasu, ani ochoty, ani odbiorców, ani twórców o takich ambicjach. Twórcy też często idą na łatwiznę i dosłowność. A słowo aluzja - kto tego dzisiaj używa?
Dla mnie ten serial to mój największy sukces życiowy. Cieszę się, że mogłem zrobić coś, co trwa tak długo, żyje i ciągle interesuje ludzi.
Rozmawiała Aneta Polak, dziennikarka o2