Ostatnie słowa męża Emilii z "Sanatorium". Interweniowała w szpitalu
Emilia z 8. sezonu "Sanatorium miłości" lubi dobrze się bawić, ale w jej życiu nie zawsze były ku temu powody. W TVP wyznała, że jej mąż ciężko zachorował. Opiekowała się nim przez 30 lat. Zacytowała, co usłyszała od niego tuż przed śmiercią. Wcześniej interweniowała w szpitalu.
Emilia w "Sanatorium miłości" walczy o względy Henryka Rz. To jej się udaje — po imprezie w latynoskim stylu nie szczędzili sobie pocałunków i spędzili romantyczne chwile razem w pokoju. Takie zachowanie wzbudziło wśród internautów negatywne odczucia.
Nie wszyscy wiedzieli, że seniorka ma za sobą przykre doświadczenia. Starszego o 3 lata męża poznała jako 16-latka. Pobrali się, gdy była dorosła. Byli ze sobą przez 39 lat. Jej ukochany zmarł w 2016 roku. Cierpiał na nowotwór, a ona się nim zajmowała.
Miał około trzydziestu lat, gdy zachorował na nowotwór złośliwy. Przeszedł operację, a potem naświetlania, które okazały się za mocne dla niego. Doszło do poważnych powikłań – zaczęły mu zanikać nerwy i mięśnie. Czasami, gdy gdzieś szliśmy, się przewracał — zaczęła w TVP.
Emilia z "Sanatorium miłości" przyznała, że pomocy szukała wszędzie. Dostała ją z Kościoła. Przed laty księża przekazywali jej drogie leki dla męża. Choć dawały mu wyraźną poprawę, zostały wycofane.
Powstawały z tkanek mózgowych zwierząt, a właśnie wtedy pojawiła się choroba szalonych krów. Szkoda, bo przynosiły wyraźne efekty – dzięki nim mąż częściowo wracał do sprawności. Nie odzyskał w pełni sił i poruszał się wolniej — wspominała.
Lekarze dawali mu mężowi 5 lat życia. Gdy choroba zaczęła postępować, przestał chodzić i musiał poruszać się na wózku inwalidzkim. Dostawał rentę, ale to Emilia musiała opiekować się dwójką dzieci i zarabiać na utrzymanie domu. Czuła, że mąż ją kocha. Wciąż pamięta słowa, jakie słowa wypowiedział do niej na łożu śmierci.
"Byłaś największą miłością mojego życia". Naprawdę cudownie było to usłyszeć — mówiła.
Interweniowała w szpitalu. Usłyszała, że "mąż i tak umrze"
Seniorka nie ukrywała, że jej mąż miał wyniszczony organizm, a ostatecznie to nie nowotwór był bezpośrednią przyczyną jego zgonu. Pękła mu aorta brzuszna i aorta przy sercu, a ponadto dostał wylewu.
Przed śmiercią, gdy był w szpitalu, cały czas utrzymywano go w śpiączce. Tydzień to trwało. [...] Pewnego dnia zobaczyłam, że łzy ciekną mu po policzkach. Poszłam do lekarki. [...] Zapytałam, czy może podać mu jakieś leki, żeby uśmierzyć ból. Odparła, że mąż i tak umrze. Wtedy jej powiedziałam, że zdaję sobie z tego sprawę, ale chciałabym, żeby umarł szczęśliwy. I chyba zaczął dostawać jakieś leki, bo poznałam po jego twarzy, że jest zadowolony — podsumowała.
Wiedzieliście, że tyle przeszła?