"Byłem zadufany w sobie". Bluszcz poszedł na terapię po ultimatum od żony
Przemysław Bluszcz w "Wysokich Obcasach" wrócił wspomnieniami do początków kariery. Lata 90. nie były dla niego łatwe zarówno pod względem finansowym, jak i emocjonalnym. W pewnym momencie żona zmusiła go do terapii. "Postawiła warunek: albo pójdę na terapię, albo się rozstajemy" - przyznał.
Przemysław Bluszcz zdecydował się na naukę aktorstwa, ponieważ łatwo przychodziła mu nauka tekstu na pamięć, a poza tym nie miał problemów z występowaniem na scenie. Dopiero z czasem uświadomił sobie, że ta praca wiąże się również z dużym obciążeniem emocjonalnym.
Nie zawsze dobrze sobie z nim radził. W latach 90., gdy pracował w teatrze w Legnicy, przechodził chwilowe problemy finansowe. Ta sytuacja wpłynęła na jego zachowanie — lubił samotnie spędzać czas w piwnicy, gdzie "miał swój świat" i pochłaniał tony książek. Żona, widząc, jak cierpi, postanowiła działać.
Uświadomiła mi wówczas, że w naszym małżeństwie jest coś bardzo nie tak. Postawiła warunek: albo pójdę na terapię, albo się rozstajemy. Chciałem zawalczyć, więc poszedłem — opowiadał w "Wysokich Obcasach".
Przemysław Bluszcz niechętnie poszedł na terapię — pod koniec lat 90. nie było to tak popularne, jak obecnie. Podjął ryzyko, którego nie pożałował. Podczas zajęć dowiedział się wiele o sobie i bliskich. Miał wtedy ok. 30 lat.
Byłem zadufany w sobie… Nie, może nie zadufany. Po prostu chciałem dalej uciekać. Wciąż nie konfrontować się z rzeczywistością. Na terapii usłyszałem coś, co wywróciło moje życie do góry nogami. Po raz pierwszy ktoś wytłumaczył mi: "Pan czuje tak, a inni zupełnie odwrotnie". Do tej pory miałem w sobie dziecięce poczucie, że przecież wszyscy odczuwamy i myślimy podobnie. Że nie ma sensu komunikować czegoś drugiej osobie, bo ona domyśla się moich intencji — przyznał.
Aktor znany z seriali "Niebo. Rok w piekle", "Profilerka" i "Leśniczówka" potraktował tę formę leczenia jako okazję, by zmienić swoje życie. Wtedy, jak pamięta, dostał od życia wiadomość, że "nie wszystko jest proste i przyjemne", a czasem warto spróbować skonfrontować się z rzeczywistością.
Gdy przyjrzałem się swojemu związkowi i relacjom z innymi ludźmi, zacząłem wyciągać wnioski. Cierpiałem z ich powodu. Na przykład zrozumiałem, że relacja z rodziną, z której pochodzę, zamarzła. Stało się to krótko po tym, jak w wieku około 16 lat wyjechałem do internatu — wyjawił.
Przemysław Bluszcz nie płakał po śmierci mamy. "Czułem blokadę"
Przemysław Bluszcz dodał, że kontakty z rodzicielką poprawiły się dopiero po latach. Długo nosił w sercu żal i "złościł się na nią", choć nigdy nie powiedział jej o tym wprost. Nie zdążył tego zrobić, bo umarła.
W momencie, w którym dowiedziałem się o tym, nie płakałem. Nie płakałem też na jej pogrzebie. Odejście mamy zabetonowało mnie emocjonalnie. Czułem blokadę, przez którą nie umiałem płakać ani okazać wzruszenia. To, że się wtedy nie rozpadłem, zawdzięczałem między innymi teatrowi — podsumował w "Wysokich Obcasach".
W ślady 55-latka poszli jego synowie. Zarówno urodziny w 1997 roku Borys, jak i młodszy o 3 lata Iwo, pracują jako aktorzy. Z pewnością mogą korzystać z rad i doświadczeń ojca, by uniknąć jego błędów.