Grał męża Anny Dymnej. Zmarł na emigracji w USA po ciężkiej chorobie
Andrzej Wasilewicz odszedł 13 grudnia 2016 roku w Nowym Jorku. W Stanach Zjednoczonych mieszkał od początku lat 80. Oprócz gry w "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć", zasłynął rolami w "Misiu" i serialu "Trzecia granica". Zmarł w wyniku choroby Parkinsona.
Gdyby żył, 10 marca obchodziłby 75. urodziny. Absolwent PWST w Warszawie z 1975 roku, mieszkając w USA był autorem filmów dokumentalnych i programów telewizyjnych dla Polonii. Popularność za oceanem przyniosła mu także rola bard, był twórcą ponad 200 ballad. Po raz ostatni w filmie Andrzej Wasilewicz zagrał w 1997 roku, wcielając się w klienta z sekatorem w "Szczęśliwego Nowego Jorku".
W Stanach Zjednoczonych studiował także reżyserię na Uniwersytecie Columbia. By utrzymać rodzinę pracował w nocnym barze.
W dzień studiowałem reżyserię filmową, w nocy zarabiałem. Musiałem utrzymać rodzinę. Z pracy barmana były spore pieniądze. To był dla mnie teatr jednego aktora. W Ameryce barman odgrywa rolę, psychologa, przyjaciela. Byłem legendą jako barman. (...) Ten bar był miejscem kultowym. Chociaż wyglądał jak chatka Baby Jagi" - mówił na łamach "Życia na gorąco".
Aktor miał córkę Nicolę zwaną Nisią, która przez długi czas mieszkała w meksykańskim Tulum, gdzie zajmowała się organizacją ślubów.
Pod koniec życia nie przypominał już siebie z dawnych lat.
Przyglądał mi się jakiś mężczyzna, ale nie rozpoznałam w nim Andrzeja. Pamiętałam go jako witalnego, silnego, a ten był wychudzony, spowolniony, ledwo mówił - wspominała aktorka w rozmowie z "Faktem" o ich spotkaniu w USA.
Andrzej Wasilewicz z mieszkał w Hamptons na Long Island. To tam zmarł w jednym ze szpitali w wieku 65 lat i został pochowany na lokalnym cmentarzu w Nowym Jorku.